Może w tym punkcie osiągnęliśmy
Może w tym punkcie osiągnęliśmy już skromny cel tych rozważań: zdać sobie sprawę, jak ostrożnie i nieufnie trzeba się posługiwać terminem „piękno", a jeszcze bardziej nieufnie i selektywnie stosować do dzieł sztuki mglisty miernik przyjemności. Powie jakiś głos, że to bardzo staroświeckie ostrzeżenie: nikt poważny już dzisiaj nie mówi o pięknie. Może ten głos ma rację. Spróbujmy wyobrazić sobie jego argumenty. Wszystkiemu winien jest wiek XVIII, który fatalnie złączył hedonizm z racjonalizmem. Wtedy to nastąpiło ostateczne sprzęgnięcie „piękna" i „sztuki", co jeszcze w XX wieku wraca pod postacią takich nonsensownych określeń estetyki, jak (np. u Callahana) „filozofia sztuki, czyli teoria sztuk pięknych"; wraca też, choć coraz rzadziej, w potocznych sądach o sztuce. Ponadto wiek XVIII ostatecznie wyodrębnił dwie rzeczy nie istniejące, stworzył dwa pojęcia puste: kategorię estetyczną i postawę estetyczną. Mówi się, że wzniosłość, malowniczość itd. umożliwiły wartościowanie nztuki także poza wąsko pojętym „pięknem". Czy tak? Czy w istocie koncepcja kategorii nie zredukowała obcowania ze sztuką do różnych odmian hedonizmu ? Bo jakiż był wspólny mianownik wszystkich razem kategorii ? Przyjemność: tyle że w licznych odmianach, czasem wyrafinowanych: np. lękanie się przedmiotów wzniosłych bez odczuwania prawdziwego Mrnchu. Przyjemność, a później skrycie z nią spokrewniona - jak zobaczymy - bezinteresowność.
| |