Bo ten ojciec
Bo ten ojciec, tak zdawałoby się uciążliwy w swojej trosce i miłości do jedynaka, w istocie nie jest tyranem. Wystarczy przypomnieć sobie to, co wiemy o pojmowaniu i sprawowaniu władzy ojcowskiej w czasach przed pierwszą wojną. Łatwiej wtedy zrozumieć cały wysiłek i zdolność Witkiewicza, by nie przemawiać głosem autorytetu, tylko głosem przyjaźni, by uszanować indywidualność i odrębność syna: „Ja tylko zawsze staram się wzmocnić to wewnętrzne rusztowanie duszy... poza tym chcę, żebyś miał maksimum osobistej inicjatywy..." (1903). Łatwiej zrozumieć całą delikatność, ufność, czułą cierpliwość ojca, wszystkie jego tryby warunkowe, wycofywania się, rzetelne korektury własnych opinii... W końcu i ten synalek nie miętus: choć wyraźnie kocha ojca i masami do niego pisze (chyba z jakąś palącą potrzebą natychmiastowego uzewnętrznienia się, ale długo czasem nie odpowiadając na cierpliwe pytania ojca... 0 fotografie, o termofor), to jednak potrafi wierzgnąć bardzo nieraz ostro (co widzimy z tych fragmentów listów syna, które przytacza ojciec) i niemal z reguły stawia w końcu na swoim. Jedzie, gdzie chce, sprowadza od ojca rower (choć ten uważa rower na wsi za „mieszczańską wygodę" i „fili-sterstwo"), fotografuje sam siebie z papierosem w zębach, wymawia sobie stanowczo i skutecznie „smoktanie", a potem (w roku 1910!) „dziecko". Nie dzieli zachwytu ojca dla Bócklina, za to dostaje - jak mówi ojciec - „gauguinowskiej egzemy", i zwraca jego uwagę na Cezanne'a; ma w tym czasie lepsze od ojca rozeznanie w sztuce: zresztą maluje i pisze, co i jak mu się podoba. Tylko wówczas, gdy koniecznie chce przywieźć ojcu swoją kochankę, sławną aktorkę i żonę sławnego aktora, Witkiewicz - którego już raz odwiedzała - broni się do końca, choć w najgłębszym smutku 1 znużeniu, ostatecznie ze wstydem tłumacząc swój sprzeciw... złym stanem zdrowia (1910).
| |