Wreszcie w czasach romantyzmu oba rzekome wyróżniki dzieła sztuki - wąsko, po akademicku pojmowane piękno i związana z nim przyjemność estetyczna - otrzymały potężny cios od artystów, i to w sam czas, bo właśnie wtedy najbardziej się w szerokiej opinii rozpanoszyły. Zacytujmy dla przykładu dwóch czołowych malarzy, których wypowiedzi - jedna z pogranicza stuleci XVIII i XIX, a druga o pół wieku późniejsza - zamykają w mocną klamrę poglądy romantyzmu na te sprawy. W objaśnieniu
do swych Caprichos pisze Goya: „Artysta, przekonany, że krytyka ludzkich błędów i wad - choć pozornie należy do kaznodziejstwa i poezji - może stanowić także przedmiot malarstwa, wybrał jako właściwy temat dla swego dzieła spośród mnóstwa dziwactw i szaleństw, pospolitych w społeczeństwie cywilizowanym, spośród wulgarnych przesądów i szalbierstw, zakorzenionych w obyczaju, ignorancji lub interesie - te, które uznał za najwłaściwsze, by zdobyć sposobność do ośmieszania i zarazem ćwiczenia swej wyobraźni." W swym Dzienniku Delacroix mówi z przekąsem o tym sławetnym pięknie, „które według powszechnego mniemania jest celem sztuki. Jeśli to cel jedyny, to cóż się dzieje z ludźmi, którzy jak Rubens, Rembrandt i w ogóle wszystkie natury północne wolą inne zalety.
| |
|